Handlarz
Nel
-Trzeba być wybitną idiotką żeby odmówić podwózki w taką noc jak ta.-pomyślałam ze złością przechodząc przez ulicę. Nocami w Aberdeen czułam się trochę jak w Morganville z tą różnicą, że nie wyskoczy na mnie jakiś świrnięty wampir, który będzie chciał wyssać ze mnie krew, a bandyta. Wyszłam zza rogu i znalazłam się przy starej hali, która niemal zwisała nad portem. Zawsze się jej bałam ze względu na powybijane szyby i częściowo zadeskowane drzwi, które teraz o dziwo, były otwarte. Przeszłam omijając je szerokim łukiem, lecz zrobiłam kilka kroków bliżej gdy usłyszałam swoje imię, jednak nie widząc właściciela głosu ruszyłam przed siebie.
-Ej Nel.
-Kto mówi ?!-zapytałam ostrzegawczo.
-Ktoś... Kogo znasz.
-To znaczy ?
-Chodź to ci powiem !-szepnął nerwowo.
-O nie.-skrzyżowałam ramiona na piersi-Nigdzie nie idę !
-To waaażne.-tym razem głos zdawał się jęczeć mi prosto do ucha.
-Ale ja cię nie znam !-krzyknęłam piskliwie.
-Znasz, znasz.-poczułam czyjeś zimne, trzęsące się ręce, które pod żadnym względem nie były rękoma Connora.
-Puszczaj !-próbowałam się wyrwać, ale ręce zacisnęły się na moich biodrach.
-Nie szarp się.-syknął ostro głos.
-To wszystko jest pojebane. Puszczaj, powiedziałam puszczaj !
Chłodna ręka wymierzyła mi policzka. Upadłam na betonową podłogę i przysięgam na Styks, że leżałam w miejscu, które gdzieniegdzie było poprzecinane stróżkami piasku.
-Kurwa mać !-syknęłam w beton-Zapal to cholerne światło, chcę wiedzieć z kim mam do czynienia.
-Dobrze...I tak nie wyjdziesz ode mnie żywa.-powiedział drwiąco.
Pstryk. Lampy rozświetliły pomieszczenie. Było dużo świeczek, czarna kurtyna i klatka, a piach, na którym leżałam był czerwony i układał się w petagram.
-Co do cho...-słowa utkwiły mi w gardle bo zobaczyłam mojego szkolnego kolegę Larrego.
-Nel posłuchaj-nachylił się do mnie-na świecie ukrywa się zło. Jesteś jedynym ratunkiem dla ludzkości.
-Larry, nie piernicz ! Jakie zło ? Bóg, diabeł, niebo, piekło ? Wierzysz w ten szajs ?!
-Tak.-powiedział spokojnie-Mam zamiar przehandlować twoją duszę piekłu.
-To swoją przehandluj ! Tobie na tym zależy nie mi. N I E MA P I E K Ł A.
-Jeśli będziesz tak mówić to pewnie tam trafisz.-wzruszył ramionami-I bardzo chętnie oddałbym się ludzkości, ale to ty nosisz Znak.
-Jaki kurwa znak ?!-miałam ochotę wydłubać mu oczy.
-Ten znak.-złapał mnie za nadgarstek i przejechał palcem po plamce, która przypominała odlatującego ptaka.-Gołąbek.
-Czy ty robisz sobie ze mnie jaja ?!-warknęłam-To znamie ! Mój ojciec i Ann mają identyczne. Co ty do cholery brałeś ?
-Nadal nie rozumiesz ? Urodziłaś się by umrzeć, a ja czuję się zobowiązany wykonać misję. Przykro mi Nel, muszę cię zabić.-powiedział bez cienia emocji i zamachnął się wcześniej skrywanym nożem w moją stronę. W ostatniej chwili przetoczyłam się na bok i uniknęłam ciosu, a nóż znalazł się centymetr od mojej twarzy.
-Larry, uspokój się !-krzyknęłam zrywając się z podłogi.
-Zrozum, że muszę cię zabić !-jego błękitne oczy były szkliste od łez, ale mimo to był przystojny. Był wysoki i muskularny, a jego włosy były prawie białe.-Przepraszam muszę...
-Larry...-jęknęłam, a obraz zamieniał się w jedną wielką rozmazaną plamę, ale nie miałam zamiaru powstrzymywać łez.
-Nie becz ! I tak cię zabiję.-syknął przez łzy.
-Czemu ?! Przez jakieś głupie odbarwienie na skórze ?
-TO NIE JEST GŁUPIE ODBARWIENIE ! Zabiję cię, nie unikniesz tego.-wrzasnął i ponownie zamachnął się nożem. Tym razem jednak dostałam w ramię. Zabolało, choć rana nie była głęboka.
-Pojebało cię ?!-krew przebiła się przez koszulę.
-To nie potrwa długo-powiedział z szaleńczym wyrazem twarzy-jedno pchnięcie i po tobie.
-Nie poddam się tak łatwo...-szepnęłam sama do siebie rozglądając się po sali. Mój wzrok zatrzymał się na starym krześle w końcu pomieszczenia. Ile sił w nogach pobiegłam do niego unikając Larrego szerokim łukiem. Złapałam za nogi krzesła i cicho jak myszka podreptałam do chłopaka. No dalej, Nel. Dasz radę. Uniosłam przedmiot nad głowę i z całej siły uderzyłam go w plecy. Z głuchym łoskotem upadł na ziemię, a ja usiadłam na nim, złapałam za włosy i wbiłam jego czoło w beton.
Stracił przytomność, bingo !-pomyślałam ni to z radością, ni przerażeniem zdając sobie sprawę co właśnie zrobiłam.
Connor
Usiadłem na ziemi czekując na Jamesa. Coś, gdzieś w środku mówiło mi, że mam kłopoty. Może wiedział o Nel ? I jak Ann będzie próbował wmówić mi, że to "toksyczny związek", z którego będą tylko kłopoty. Gówno prawda. Nie skrzywdziłbym jej, choćbym dusił się w tym związku. Czemu ? Bo jest cholernie krucha i boję się, że by tego nie zniosła.
-Siemka !
Wstałem i wcale nie zdziwiło mnie to, że nade mną stał uśmiechnięty James. Podeszłem do niego i jak zawsze po długiej rozłące uściskałem go.
-Stary, Lewie cię sprzedał-pokręcił karcąco głową-fajnie się bawisz, fajnie.
-O co ci chodzi ?
-Oj Connor, kogo ty udajesz ? Chodzi mi o tą dziewczynę.
-Niezręcznie, ups...-spuściłem wzrok.
-Czyli jednak ?-zaśmiał się-Jak ma na imię ?
-Nel.-powiedziałem krótko.
-Dziwne imię. Mam co do niej złe przeczucia.
-Nawet jej nie znasz !
-I ? Ile jest takich lasek, które za pieniądze i sławę zrobią wszystko ?-wzruszył ramionami-Radzę ci uważać.
-Ona jest inna.-powiedziałem cicho.
-Oczywiście...
-To nie tak, ona mnie potrzebuje.
-Chyba twojej sła...
-Cholera, nie znasz jej ! Nel wygląda...ona-nie potrafiłem ubrać tego w słowa-nie je. Jest blada i bardzo chuda, ledwo trzyma się na nogach. Martwię się o nią.
-I co ty w niej widzisz ?
-Czy ja wiem ?-usiadłem na ziemi i oparłem brodę na kolanach-Kocham ją.
-Nie Connor-usiadł obok mnie-nie kochasz jej. Po prostu czujesz się zobowiązany jej pomóc. Kiedy hm, wyzdrowieje już nie będziesz jej potrzebny. Sam do tego dojdziesz. Lepiej żebyś zakończył to szybko bo ona serio się zakocha, a ty będziesz nią zwyczajnie znudzony.
-Co ty mi próbujesz wmówić ? Nie znasz Nel, nie było cię. Wiem co do niej czuję.
-Jak chcesz-westchnął-żebyś później nie żałował.
-Nie będę.-wycedziłem przez zęby.
Nel
Siwiejący policjant o zmęczonym spojrzeniu popatrzył na mnie, mlasnął dwa razy i powiedział:
-Jeszcze raz. Opowiedz co się stało.
-No, no więc...Jaaa-zaczęłam roztrzęsionym głosem-Usłyszałam głos, ale nie wiedziałam czyj więc ruszyłam dalej i...i on wtteeedy złapał mnie i...i zaciągnął mnie do środka i mówił coś o znaku, a...a ja nie... nie wiedziałam o co mu chodzi i on się na mnie rzucił !-zawyłam- Ja się tylko broniłam.
-Marie-wskazał na sanitaruszkę-daj tej małej coś na uspokojenie.
-Chodź do mnie kochanie.-starsza kobieta obtoczyła mnie ramieniem.
-Pproszę paani...-wyjąkałam-Co z Larrym ?
-Wszystko z nim dobrze, słoneczko. Nie ma wstrząsu mózgu-pogłaskała mnie po głowie.
-Czy mam kłopoty ?
-Oczywiście, że nie. Działałaś w obronie własnej. Proszę-podała mi małą, niebieską tabletkę i plastikowy kubeczek z wodą-ja w tym czasie zadzwonię do twojej mamy, ktoś musi cię odebrać.
-Czy to konieczne ? Nie mógłby przyjść po mnie mój chłopak ?
-Wykluczone, kwiatuszku. Nie jesteś pełnoletnia- Marie pokręciła palcem wskazującym-Połknij to. Za chwilę wracam i razem poczekamy na twoją mamę.
-Jej tu jeszcze brakuje.-powiedziałam sama do siebie gdy kobieta zniknęła za rogiem.
-Może zazdzwonię to Connora, tak żeby się nie martwił...
Wyciągnęłam telefon z torby i wykręciłam jego numer. Odebrał po drugim sygnale.
-Coś się stało, że dzwonisz tak późno ?-zapytał nim udało mi się przywitać.
-W pewnym sensie. Powiedzmy, że wydarzył się mały wypadek i wracam do domu, także jeśli chcesz się spotkać to jestem u siebie nie u Kate.
-Rozumiem...przymknijcie się !-syknął bo w tle dało się usłyszeć gwar.
-Wiesz co ? Pogadamy jutro, chyba masz lepsze zajęcia. Cześć.
-Nel pocze...-nie dałam szansy mu dokończyć bo ze złością się wyłączyłam.
Nie byłam na niego zła. Byłam zwyczajnie wściekła na cały świat. Na siebie bo nie chciałam by Todd podwiózł mnie do domu. Na Larrego bo mnie zaatakował. Na Marie, że zadzwoniła do mojej matki. I wkońcu na Lissę, że zdradzała mojego ojca.
-Skarbeńku, twoja mama będzie tu za kwadrans.-sanitariuszka pogłaskała mnie po plecach.
-Jest zła ?
-Raczej zmartwiona.-uśmiechnęła się.
-Larry odzyskał przytomność ?
-Tak. Ma się dobrze.
-Mogę z nim porozmawiać ?
-Jest w karetce.
Pokiwałam głową i ruszyłam w stronę wozu. Weszłam do środka i zobaczyłam jasnowłosego, nieco speszonego chłopaka z ogromnym plastrem na czole.
-Przepraszam. Nie wiem co mi odbiło-powiedzieliśmy jednocześnie.
-Przepraszam. To nie byłem ja.
-A kto ?-zdziwiłam się.
-Moja choroba.-powiedział cicho.
-Choroba ?
-Mam osobowość graniczną.
-Czyli ?-uniosłam brew.
-Odwala mi.
-To znaczy, że nie jesteś walniętym katolem ?
-Nie.-powiedział krótko-Jestem walnięty, ale Katolik ze mnie lichy. Zwyczajnie mi odjebało.
-To normale ?-usiadłam obok niego.
-Nie. Oglądałaś Przerwaną Lekcję Muzyki ?
-Tak.
-Domyślasz się co ze mną zrobią ?
-Współczuję.
-Po co ?-spojrzał na mnie-Też tam trafisz.
-Bo ?
-Jesteś anorektyczką.-odpowiedział jakby to było coś zwyczajnego.
-Nie, nie jestem.-pokręciłam głową.
-Normalna dziewczyna poza skórą i kośćmi ma jeszcze mięśnie i tłuszcz.
-To źle, że chcę być idealna ?
-Nel, słoneczko twoja mama już przyjechała.-Marie uśmiechała się do mnie przez okienko.
-Cześć.-powiedziałam krótko i nie czekając na odpowiedź wyszłam.
-Tam jest.-kobieta wskazała na moją matkę stojącą na czymś w rodzaju żwirowego parkingu kilka metrów od nas.
-Miłej nocy, psze pani.-uśmiechnęłam się i pomachałam staruszce.
-Trzymaj się Nelciu.-poklepała mnie po plecach.
Szybkim krokiem przeszłam przez chodnik i jak wcześniej Larrego szerokim łukiem ominęłam Lissę i weszłam do zielonej Hondy.
-Co ci odbiło ?-zapytała wchodząc do auta.
-Na Merlina, o co ci chodzi ?
-Przestań tak gadać. Nie ma Hogwartu, Śródziemia czy Obozu Herosów, a chodzi mi o to, że tylko skończona kretynka wracałaby w nocy sama. Szczególnie tą drogą.
-Serio ?-uśmiechnęłam się kpiąco-Tylko skończona kretynka zdradza męża z nauczycielem córki.