wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział 8

Należyta kara
Connor

-Mogłabym cię zapytać o to samo.- warknęła Nel w stronę chłopaka.
-Tak myślisz ?!-wyrzucił ręce w górę-To miejsce, wyobraź sobie, należy tak samo do mnie jak do ciebie, ale on-w tym momencie wskazał na mnie-nie ma prawa tu przebywać !
-On ? Todd spójrz na siebie ! Skoro on nie może to co robi tu ten koleś za tobą ?!
-Ten koleś za tobą ma imię.-syknął.-Evan. Nie ten, rozumiesz ?
-Och, imię powiadasz ? Przypomnę ci, że nazwałeś Connora kretynem, jakim kurwa prawem ?!-wykrzyknęła. Jej oczy płonęły.
-Nel, daj sobie spokój. Chodź.-złapełem ją za rękę i próbowałem pociągnąć do drzwi, ale ani drgnęła.
-Jezu, Connor ! Nie rozumiesz ? Ja tego tak nie zostawię. Nikt nie ma prawa cię obrażać, rozumiesz ? Nikt.
-Gra nie warta świeczki. Odpuść. Jeżeli nie dla siebie to dla mnie.-teraz już po prostu ją podniosłem i siłą poprowadziłem  do wyjścia.
Postawiłem ją dopiero na trawie.
-Po co to zrobiłeś ?-miała minę naburmuszonej małej księżniczki.
-Co ? Wolisz się z nim kłócić ?
-Czy ja wiem. Zależy mi, a raczej zależało.-odparła z żalem.
-A co się zmieniło ?
-Wiele rzeczy. Możemy o tym porozmawiać później ? Po prostu mnie przytul.
Zaleta posiadania dziewczyny-można się prztulać i to dużo.
-Idziemy ? Mam dość tego miejsca...-złapałem ją za ciepłą dłoń, była taka miękka i delikatna. Nie rozmawialiśmy w drodze do domu. Nel wydawała się przybita, a ja mistrzem w pocieszaniu nie jestem, ale ją kocham.
Wkońcu się odezwała:
-Jak długo tu jeszcze zostaniesz ? I co będzie z nami ? Boję się, że tego  nie wytrzymam.
-Nel... Będę tu jeszcze dwa tygodnie. Damy radę.  Kocham cię.
-Wiem.-powiedziała smutno-ale będzie mi cię cholernie brakować. -głos jej się załamał.-Obiecaj, że mnie nie zostawisz. Nie przeżyję tego.-miała łzy w oczach, Boże nie chcę, by przeze mnie płakała.
-Nigdy, nigdy cię nie zostawię. Jesteś moim powietrzem.-pocałowałem ją w czoło.
-Kocham cię Connor...-tylko to chciałem usłyszeć. Jestem najszczęśliwszą osobą na tym chorym świecie-mogę w spokoju umrzeć.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ann
Dylemat życiowy ! Ojciec wraca. I niby nic, ale nawet się z nim  spotkam.  Psychiatryk wzywa. Dlaczego ? Kilka głębszych ran i ludziom odpierdala. Nel nie wie. Nie chcę  jej dobijać. Wkońcu jest szczęśliwa.  Mogę się tylko modlić by choć trochę przypominał Briarcliff z American Horror Story.
Cóż, póki co muszę  się spakować. Może nawet uda mi się przemycić kilka żyletek. To logiczne, że mnie nie wyleczą. Prędzej zatańczę na linie.
Westchnęłam i wyciągnęłam walizkę z szafy. Będzie mi brakować moich przyjaciół. Nie chcę by ktokolwiek wiedział gdzie jadę. Z drugiej jednak strony, Celestie mogę powiedzieć. Zrozumie. Zawsze rozumiała.  Wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam jej numer, który i tak znałam na pamięć.
-Hej Cel. Możemy się spotkać ?
-Jasne.-jej słodki głos działał kojąco-Wpadaj do mnie kiedy chcesz.
-W takim razie będę za godzinę.
-Okej, kup coś słodkiego.
-Jasne, cześć.
Rzuciłam telefon na łóźko. "Będę za godzinę" oznaczało, że muszę się pospieszyć bo do niej blisko nie mam.  Spojrzałam na siebie w lustrze; nie wyglądam tak źle, mogę iść.
Wychodząc z domu potknęłam się o płaszcz mamy, z którego wyleciały gumki. Boże, nie wierzę. Obrzydzenie poziom: 99.  Jednocześnie jednak zaśmiałam się pod nosem i otworzyłam drzwi. Promienie przyjemnie grzały mi twarz. Ruszyłam szybkim krokiem przed siebie. Słońce zdawało się dawać mi energię,  którą  nie sposób zmarnować. Kroczyłam nucąc Jack Vampsów. Dlaczego właściwie jest mi tak wesoło ? Psychiatryk to nie jest miłe miejsce, powinnam się zamartwiać w jaki sposób powiem najlepszej przyjaciółce o "wakacjach", wkońcu lekarz powiedział, że mam tam odpocząć.  Krocząc tak wesoło zobaczyłam Connora. Szedł z nisko pochyloną głową i w kapturze, dlatego też pewnie nawet nie wiedział, że obok przeszłam.
-Hej Connor !
Brak odpowiedzi.
-Connor !
Chłopak odwrócił się w moją stronę i z zakłoptaniem rzekł:
-Przepraszam. Nie widziałem cię. Gdzie idziesz ?
-Nie dziwię się, że mnie  nie zauważyłeś . Wyglądasz jakbyś liczył mrówki.-zaśmiałam się-Idę do koleżanki.
-W takim razie nie zatrzymuję cię.-w dziwny sposób przekrzywił głowę-Cześć.
-Connor stój.-złapałam go za łokieć-Ściągnij kaptur.
-Po co ?
-Po prostu ściągnij.-moje wypowiedzi z każdą chwilą robiły się coraz bardziej lakoniczne. Zdjęłam mu kaptur. Boże, ma podbite oko.
-Kto ci tak przywalił ?-odparłam dotykając siniaka.
-Todd.-rzucił niewzruszony.
Przyłożyłam rękę do ust i na raz ją odjęłam.
-Mam nadzieję, że wygląda gorzej ? 
-Taa...-westchnął-Złamałem mu rękę. Kość przebiła skórę.
-Jezu.-uśmiechnęłam się. Nigdy nie lubiłam Todda.-Poszło o Nel, tak ?
-Tak, ale porozmawiamy później.-odparł robiąc krok.
-Onienienienienienie...-ponownie chwyciłam go za łokieć-Jak już mówisz to mów. Opowiedz mi wszystko, bez wyjątków. Mieszkanie Kate jest po drodze, więc  będziesz mógł do nich wpaść. A teraz opowiadaj.
-Och...-westchnął-No więc ja i Nel poszliśmy na spacer i ona zaprowadziła mnie na taką uroczą polankę przy lesie, na której stał domek. Mały i drewniany, chyba zbudowany przez dzieci. No i usiedliśmy na takiej kanapie i... się całowaliśmy.-wypowiadając ostatnie słowa zaczerwienił się po same uszy, moja siostra to szczęściara-Wtedy przyszedł Todd i zaczął się drzeć, Nel zaczęła się z nim kłócić i poleciały ostre słowa. Więc ją wyprowadziłem bo zrobiło się gorąco, jeśli wiesz co mam na myśli. I odprowadziłem ją do Kate. I jak wracałem to go spotkałem...-wzruszył ramionami-I wiadomo co stało się później.
Zaśmiałam się.
-Ja miałam cię za tego najspokojniejszego.
-Pozory mylą.-uśmiechnął się uroczo. -Hmm...Tu chyba będziemy się żegnać.
Spojrzałam za siebie. Faktycznie, byliśmy już pod blokiem, w którym mieszka siostra Todda i aktualnie Nel.
-Nie będę cię zatrzymywać. Cześć.-powiedziałam cicho-A i powiedz mojej siostrze, że za nią tęskinę.
-Dobrze, miłego spaceru. Trzymaj się.-pomachał mi ręką na pożegnanie i ruszył do drzwi.
Nel
Usłyszałyśmy ciche pukanie, lecz nim wstałam Kate już otwierała.
-Hej.-usłyszałam nieco  zawstydzony głos Connora. Jak to możliwe ? Dwie godziny temu odstawił mnie przed drzwi.
-Cześć ! Wejdź...O matko. Co z twoim okiem ?!
Zaciawiona odchyliłam głowę w bok by spojrzeć mu w twarz.  Matulu, miał całe sine oko.
-Nic...-mruknął.
-Jasneee.-zawyła Kat.-Z kim się biłeś, co ? I mam nadzieję, że koleś leży w szpitalu.
-Z twoim bratem. Złamałem mu rękę, przynajmniej tak mi się wydaję.
Dziewczyna wyglądała jak balonik, z którego ktoś spuścił powietrze.
-Cholera, Connor ! Powaliło cię ?! Chcesz mieć kłopoty ?!-krzyknęłam na cały głos, mam gdzieś sąsiadów wpadłam w furię.-Zachwałeś się jak nieodpowiedzialny, zadufany gnojek z mlekiem pod nosem. I...-chwycił mnie za oba nadgarstki tak mocno, że aż bolało.
-Spokojnie Nel, spokojnie. To nic...-próbował mnie opanować.
-Spokojnie ?! Będziesz miał przesrane, rozumiesz ?!  Jedyne co mogę zrobić to błagać go by sobie odpuścił ! A teraz jak sam zauważyłeś, nie jest okej między mną a Toddem. Nie wiem jak z tego wyjdziesz.
Kate, która całą sytuacje oglądała z bezpiecznej odległości nagle odparła:
-To ja może zostawię was samych. Chyba musicie pogadać, Nel nie czekaj na mnie. Wrócę późno.-po czym ściągnęła torebkę z wieszaka i wyszła.
-Nel, ja po prostu...
-Co po prostu ?!  Złamałeś mu rękę. Dlaczego właściwie to zrobiłeś ?
-Cóż-westchnął-po prostu wracałem do domu. Spotkałem go i prawda jest taka, że to on zadał pierwszy cios.
-Connor...-jęknęłam dotykając opuchlizny.
-No co ? Nel, nie chcesz wiedzieć w jaki sposób o tobie mówił. Dla mnie twoja osoba to delikatny temat. Nie wiem, który raz ci to dziś mówię, ale kocham cię. Nie jestem osobą, która rzuca słowa na wiatr, uwierz mi.
Nie odpowiedziałam. Przecież mu wierzyłam, ale to co zrobił nie ma wytłumaczenia.
-Nel, nie milcz. To boli.-powiedział cicho.
-Przepraszam, mam w zwyczaju ranić ludzi, na których mi zależy.-odparłam smutno.
-Co masz na myśli ?
-Gdyby nie ja, Todd by cię nie uderzył. Gdyby nie ja, moja rodzina nie byłaby rozbita, gdyby nie ja, Ann pewnie nawet nie zaczęłaby się ciąć.-głos mi się załamał, a obraz miałam rozmyty, prawdopodobnie dlatego, że  próbowałam powstrzymywać łzy.
-Nel...-ujął moją twarz w dłonie-Ludzie często podejmują złe decyzje i ranią siebie nawzajem,  ale prawda jest taka, że możesz być jedynie cegiełką w murze. Fundament leży w głowie takiej osoby. Todd od początku mnie nie lubił, twoi rodzice może nigdy się nie kochali, a Ann może mieć problemy z samą sobą.
Zamknęłam oczy i łzy same popłyneły mi po policzkach. Nie chciałam już ich powstrzymywać-nie teraz, nie przy nim.
×
×
×
Madzia pozwoliła mi dodać przekleństwa.
I oto w ten sposób one się tu znalazły ;3
Rozdział dla Ani, która ciągle po mnie krzyczy
Kc
~Mitzu

2 komentarze: